Wschodnim skrajem kraju zawsze.

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Olsztyn

Kolory wiosny cz. 2

By nie było, że tylko w Trzymiesciu, w najpieknięjszym z miast także wiosna.

Dodaj komentarz

Filed under foto, Polska, Łódź

Kolory wiosny

Połnocna pierzeja w wiosennych barwach:)

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Gdańsk, Polska

Jego wieże, jego drogi, kroki moje.

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Gdańsk, historia

Seaman

#ciaglewdrodze

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Gdynia, Polska

Cerkiew

Po wielu trudnościach udało się w końcu 4 września 1957 roku uzyskać odpowiedni dekret ówczesnego administratora apostolskiego diecezji gorzowskiej i warmińskiej bp Teodora Benscha. Miesiąc później, 14 października, w miejscowym kościele rzymskokatolickim, ks. Dziubyna odprawił pierwszą od 10 lat liturgię dla grekokatolików. Nadal jednak niektóre czynniki zamierzały uniemożliwić, a przynajmniej utrudnić odbywanie praktyk religijnych Ukraińcom. Zamiary te spaliły na panewce, gdyż mieszkańcy Białego Boru wpadli na pomysł, aby wykorzystać starą, poniemiecką kaplicę cmentarną na swoje potrzeby. Stała na uboczu miasteczka, była mocno zniszczona i od lat nieużywana przez nikogo. Grekokatolicy przystąpili do remontu tego obiektu. W ciągu 3 tygodni zaadaptowali budynek do swoich potrzeb. Józef Batruch – stolarz, i jego brat Piotr, przy pomocy innych mieszkańców miasta dokonali gruntownego remontu. Uroczyste poświęcenie nowej kapliczki odbyło się 10 listopada 1957 r., przy udziale około 800 wiernych. Konsekracji cerkwi dokonał ks. Hrynyk. Było to pierwsze na Pomorzu Zachodnim poświęcenie obiektu świątynnego dla wyłącznego użytku grekokatolików. Cerkiewce nadano wezwanie Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. Coroczne obchody związane z tym świętem po dziś dzień przypadają na 21 września.

Wszystko zmieniło się w 1990 roku, gdy weszła w życie odpowiednia ustawa, białoborzanie zabrali się do pracy. Przez ponad czterdzieści lat mieszkania ziemia stała się swoją, sąsiedzi – naszymi, a charaktery ukraińskie przesiąkły polskością, z jej wszystkimi zaletami i wadami. Jakże oni zaczęli się o tę cerkiew kłócić i krzywić, patrząc na jej architektoniczną koncepcję. Wierni wymyślali, że w środku basen, że okna jak w kajucie, łuki jak w dyskotece. I co to za cerkiew bez bani na dachu? Przecież nie tak wyglądały ich świątynie w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, na Pogórzu Przemyskim… Przez blisko pół wieku modlili się w niewielkiej kaplicy na cmentarzu – było źle, stawiają cerkiew – no nie taka… W końcu się przyzwyczaili. Najważniejsze, że wreszcie jest.

„Od dziecka marzyłem żeby zaprojektować obiekt sakralny. Współpracowałem z architektami, robiłem polichromie, ale to były kawałki. A chciałem stworzyć coś od podstaw” – Jerzy Nowosielski

 

cerkiew_bb

Ksiądz Józef Ulicki zaczął myśleć cerkwi zaraz po tym, jak objął w 1990 roku probostwo w Białym Borze. Wymarzyła mu się świątynia wielka – i pod względem religijnym, jak i artystycznym: „…żeby zbudować coś, co przyciągnie artystów, intelektualistów, turystów i rozsławi białoborską wspólnotę”– marzył w ten sposób i zapewne po cichu wzdychał do Boga. Na pomysł, by projekt powierzyć Jerzemu Nowosielskiemu wpadł dyrektor fabryki, jeden z działaczy komitetu budowy cerkwi. Dobrze się stało, bo choć ksiądz Ulicki myślał o Nowosielskim, to jakoś tak nieśmiało i nie miał odwagi powiedzieć tego głośno. Profesor Jerzy Nowosielski, był jednym z najwybitniejszych i oczywiście najdroższych współczesnych polskich malarzy, był także teologiem grekokatolickim.  Przez lata pisał (tak, ikony się pisze, a nie maluje) dla cerkwi ikony, ikonostasy, tworzył polichromie, projektował wnętrza. Do współpracy przy tworzeniu białoborskiej cerkwi zaprosił architekta Janusza Kotarbę. Całość prac trwała 5 lat, świątynia została ukończona w 1997 roku. Na czterdziestolecie istnienia tutejszej parafii. Nie ma w środku tego, do czego przyzwyczaiła nas tradycja, tego, co można zobaczyć w cerkwiach Polski Południowej i Wschodniej. Nie ma klasycznego ikonostasu z wieloma rzędami ikon: (namiestne, świąteczne, Deesis, prorocy i patriarchowie – ale to temat do ruszenia podczas oglądania pogranicza). Ikony są trzy. I wystarczy. Dwie autorstwa Nowosielskiego, jedna napisana przez bułgarskiego ikonografa Todora Dimczewskiego. Przedstawia ona narodzenie Bogarodzicy i leży na sześciennym tetrapodie na lekko obniżonej posadzce, tam, gdzie wierni przyjmują sakramenty i rozpoczynają modlitewne zaśpiewy. We wrotach do ołtarza, podkreślonych czerwonym łukiem wisi kotara. To nawiązanie do wczesnośredniowiecznej kultury bizantyjskiej. Oczywiście były dyskusje i spory, czy wieszać tę kotarę. Obecny proboszcz – ks. Piotr Baran – broni tego pomysłu, uważając, że kotara jest konieczna przy niektórych nabożeństwach. W okresie Wielkiego Postu odsłania się kotarę i zapala wszystkie światła, jakby Chrystus wchodził w historię Wszechrzeczy. To porusza. Charakterystyczny środek cerkwi pogłębia ten efekt. Zza kotary kapłan i ministranci trzymający w rękach mosiężne lichtarze schodzą po schodach do tetrapodu. A zebrani na podwyższonej o kilka stopni galerii wierni obserwują to
z góry, jak w teatrze greckim. Liturgia musi mieć coś z widowiska, z teatru. Złoto, czerwień i błękit wprowadzają wiernych w misterium, a być może także w poczucie lęku przed absolutem? Obrządki wschodnie nigdy się nie nastawiały na racjonalną analizę Boga. Wschód stawia wiernego w klimacie: stój i czekaj na doświadczenie. Może rację ma profesor Maria Janion, która twierdzi, że my – Polacy zostaliśmy źle ochrzczeni? Że ludzie na wschodzie są bardziej szczęśliwi, bo nastawieni na „być”, a nie na „mieć”? W czasie większych uroczystości – rolę ikonostasu pełni plaska fasada cerkwi. Potrójne wejście z dwoma ikonami między nimi idealnie nawiązuje do klasycznego ikonostasu. Wierni zgromadzeni są na zewnątrz w „nawie”, a wnętrze kościoła to wówczas ołtarz – miejsce najświętsze, według wschodnich obrządków – miejsce przebywania samego Boga.

Szczególna rola tego miejsca oraz kultu, jakim cieszy się białoborska Ikona Matki Bożej stały się podstawą do tego, aby 23 września 2007 roku. cerkiew została podniesiona do rangi sanktuarium diecezjalnego (jako pierwsza w całej diecezji wrocławsko – gdańskiej). Odbyło się to podczas uroczystego nabożeństwa, w którym brało udział około 5 tysięcy wiernych, a relacje z tego wydarzenia pokazywane były w telewizji. Ilość wiernych przybyłych do miasta, przekraczała blisko dwukrotnie liczbę jego mieszkańców. Ciekawie musiały wówczas wyglądać białoborskie ulice. Co roku odbywa się odpust – obecnie rangi diecezjalnej – który gromadzi kilka tysięcy grekokatolików przede wszystkim z północno – zachodniej części kraju.

Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Białym Borze została w 1998 roku  uznana za perłę polskiej nowoczesnej architektury sakralnej („Architektura – Murator” (2) 1998 r.), a w 2006 roku, w czasie wystawy „Ikony polskiej architektury” w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, została przez profesjonalne jury zaliczona do 20 najważniejszych budynków III RP.

 

Dodaj komentarz

Filed under Bez kategorii, foto, historia, myśli, Polska

Kwintesencja spotkania Wschodu z Zachodem

14000 km w ubiegłym roku. Głównie po kraju, z drobnymi wyjątkami w stronę bliskiej zagranicy, a to Ukraina, a to Czechy, a to Niemcy, ale znaczna większość z przebytej drogi w Polsce. Najczęściej skrajem kraju. Wschodnim zawsze najbardziej, najchetniej. Nowe miejsca i powroty, przywoływanie obrazów, które się wczesniej już widziało. Pejzaż, zapamietywanie tego, co w drodze, bo możesz drugi raz tego nie zobaczyć. Dostrzeganie czasem tego, czego już nie ma. Tak jak w Wielkich Oczach. Chyba docierają tam tylko szaleńcy podróży. Chciałem tam wrócić w ubiegltm roku, ale czasu nie starczyło. Uzależnienie od lokalnych busów i PKSów na wschodzie kraju bywa z jednej strony pozdrożo-destrukcyjnre, ale również podrożo-kreatywne. Wracając do Wielkich Oczu. Wieś trzech religii, w której stoi poza kościołem rzymskokatolickim, także synagoga i cerkiew grekokatolicka. Niby nic dziwnego. Miejsce, jakich wiele na polskim wschodzie. Jednak ta cerkiew zbudowana jest w konktrukcji szkieletowej z muru pruskiego. Absolutna kwintesencja spotkania wschodu z zachodem. Dowód na to, że na naszych ziemiach przenikają się, niczym nitki w materiale, zachodzą na siebie dwie cywilizacje. Wschód i Zachód. Jak te korale, które nanizała na nitkę kobieta na rynku we Lwowie w sierpniu. I opowiadała pół polskim, pół ukraińskim o swojej rodzinie, polskim pochodzeniu, o wnuczkach, o życiu we Lwowie, o święcie miasta, gdy centrum zamieni się w jeden wielki festiwal. Zresztą, nie inaczej jest teraz wieczorami. Lwów przypomina metropolie zachodu. Lwów się bawi. Hałasuje. Tłum turystów, gwar, nabrzmiewajacy wieczorami, mieszajace się narodowości, wystepy uliczne, tańce, kramy z pamiatkami. Zachód. Im dłużej w noc, tym bardziej. I za grosz atmosfery Lwowa nie ma nigdzie indziej. Na rynku w Sadowej Wiszni również tłum, jakże inny. Co nie znaczy, że gorszy. Skupiony ma swoich sprawach, tym co ważne w lokalnej, małomiasteczkowej, społeczności. Na zakupach, gotowaniu, szkole, pracy, problemach codziennosci. Rozwrzeszczany, lecz w inny sposob. Handel. Sobota targowa. Można kupić wszystko i wszystko sprzedać. Własnej roboty twarogi, masła, mięso z wlasnego uboju, żywe prosiaki, drób. Żaden sanepid tu niczego nie zabronił. Podobne sceny z handlu mięsem widziałem tylko w Mongolii, choć tam jeszcze na oczach klienta nastepował rozbiór zwierzęcia. Tak pewnie było i u nas, w wioskach takich jak Wielkie Oczy. Teraz pozostaje chłonąć pejzaż i wyobrażać sobie jak tam kiedyś mogło być. Gdy mieszkały się trzy narodowości, a sobotni rynek był wydarzeniem tygodnia. I chyba tylko na wschodzie można tak uruchomić dar imaginacji, tylko tu można zobaczyć Wielkie Oczy. I przy okazji zrobić wielkie oczy w pozytywnym zachwycie.

Dodaj komentarz

Filed under Bez kategorii, droga, Europa, Lwów, myśli, pogranicze, Polska, Ukraina

Droga jest celem

#ciaglewdrodze

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Polska

Ambrozja dawnych kresów

Tylko na wschodzie. Najlepszy. We Lwowie, w Kołomyi, Kamieńcu Podolskim, Buczaczu, Iwano-Frankowsku, Czerniowcach, Jaremczy, Tarnopolu, Drohobyczu, Truskawcu, Samborze. W Chmielnickim, Chocimiu, Trembowli, Krzemiencu. W Podhorcach, Brodach, Poczajowie. Najchętniej wprost z beczki. Kwas chlebowy. 

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Lwów, myśli, pogranicze, Ukraina

Lwowskie podwórko

Jest takie małe, lwowskie podwórko. Dziwne, zaskakujące, niepowtarzalne. Niedaleko od centrum, nie więcej niż 10 minut piechotą z Prospektu Szewczenki. By je znaleźć trzeba się trochę natrudzić, gdyż wejście jest z innej ulicy niż oficjalny adres. Dobrze, bo nie ma tu tłumów. Co tam tłumów, nie było nikogo innego. Tylko mieszkańcy kamienicy rozmawiali na schodach. Warto jednak tego miejsca poszukać. Wchodzimy w świat, tak niespodziewany, że nawet nie wiem jak to opisać. Wszystko – tak twierdzą miejscowi – zaczęło się od kilku zabawek znalezionych gdzieś i przyniesionych na podwórko przez mieszkańca kamienicy. Podawano mi jego imię, ale pamięć zrobiła psikusa i skutecznie je wymazała. Kolekcja znalezionych zabawek rosła i dziś jest całkiem pokaźna. Jest niebanalnym miejscem. Nie znajdziecie go w żadnym opisie z cyklu „lwowskie must see”. Trzeba zboczyć z głównych szlaków. Wyjść poza schematy, przestać być turystą, stać się wędrówcem. Warto w drodze wsadzać głowę tam, gdzie zwykły, przewodnikowy turysta nie wsadzi nóg. 

Dodaj komentarz

Filed under Bez kategorii, droga, foto, Lwów, myśli, pogranicze, Ukraina

Gdańsk

Powroty do Gdańska zawsze, tym razem świątecznego 🙂

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, Gdańsk

Golem. Czakram. Praga.

Na początek należy powiedzieć, że nie da się tam zrobić dobrego zdjęcia. Auta, wszędzie auta. Mistrzostwa w parkowaniu. W różnych konkurencjach – skośnym, równoległym, prostopadłym, czy takim jak akurat wyszło, autorskim. Spacerowałem po Josefowie kilka razy w życiu i zawsze był slalom między autami. Większość biegnących turystów nie zważa na ich natłok. Japończykom z pewnością nie przeszkadza. Może czują się jak u siebie? Ale że im nie przeszkadza to w fotografowaniu? Choć może robiąc zdjęcia wszystkiemu i wszystkim, detalom i całym fasadom, szczegółom i ogółom, ludziom i zwierzętom, sobie i obcym, na tle wszystkiego, nie posiadają już tej estetyki nakazującej zastanowić się przed pstryknięciem.

Przy ulicy Červenej 2, w samym sercu Josefova, stoi dumna acz niepozorna Synagoga Staronova. Jedna z pierwszych praskich budowli w stylu gotyckim. Należy do ortodoksyjnego nurtu judaizmu. Obecnie wciśnięta między wyższe budynki. Odniosłem ostatnio wrażenie, że jakby nie chce być odwiedzana. Niepozorna, nie stanowi dominanty, otoczona wyższymi kamienicami.

golem_staronova

Tam, na strychu synagogi śpi serce. Gliniane. Dobrze ukryte, nie znaleźli go naziści w czasie II wojny. Podobno któregoś dnia pradawne zaklęcia nabiorą mocy i Golem się obudzi. Cała historia zaczęła się w Poznaniu. Tam urodził się Jehuda Löw ben Bezalel – jego twórca, człowiek uważany za najwybitniejszego kabalistę i mistyka wszech czasów. W średniowieczu żydowscy mieszkańcy Pragi przeżyli 3 potężne pogromy. Najgorzej było w Wielkanoc 1389 roku chrześcijańskie mieszkańcy podpalali domy i synagogi. Żydzi modlili się, studiowali swe stare święte księgi. Wszystko na nic. By obronić prażan przed atakami Jehuda Löw ben Bezalel ulepił z gliny wielką postać i ożywił ją za pomocą magicznych rytuałów. Włożył do ust (lub wg innej wersji napisał na czole) kartkę z hebrajskim słowem  אמת (emet), co znaczy prawda. Bardziej na miejscu byłoby napisanie, że dokonano boskiej kreacji. Golem swym istnieniem zapewniał ludności żydowskiej i życie i powodzenie. Josefov kwitł i się rozrastał. Prascy królowie wydawali kolejne edykty gwarantujące żydom bezpieczeństwo. Golem rósł z każdym dniem. Zapragnął jeść jak ludzie, więc jadł cegły. Chciał rozmawiać z mieszkańcami, chciał bawić się z maluchami, chciał kochać. Ale nie było w Pradze ani jednej glinianej kobiety. Nikt nie potrafił go do końca zrozumieć. Pewnej soboty, gdy Golem przemierzał ulice Josefova napotkał go Jehuda i rzekł: „Golemie, dziś szabat, zawiąż mi sandały”. Golem pochylił się, wówczas rabin szybko zmazał pierwszą literę z jego czoła. Manewr ten doprowadził do postania słowa מת (met) – śmierć, co spowodowało uśpienie glinianego olbrzyma. Golem rozsypał się w proch, a jego gliniane serce z hukiem uderzyło o bruk. Zebrano resztki stworzenia i schowano gdzieś w Staronovej, na strychu. Jak mówi legenda, Golem rozsypał się tymczasowo. Sprawa jest nieskomplikowana – trzeba włożyć do glinianych ust zwitek pożółkłego papieru z imieniem Stwórcy, dopisać na czole literę życia, a potem okrążyć serce siedem razy.

Dlaczego w Pradze? To miasto ma magiczną moc. To moje stwierdzenie, bez legendy. Potwierdzone wizytami. Podania i opowieści dodają, że Praga znajduje się na granicy światów. Na Hradczanach, dokładnie pod Katedrą św. Wita znajduje się jeden z najsilniejszych czakramów na planecie. Jeśli działa w taki sposób, że patrzenie na Pragę wyostrza zmysły, odświeża umysł, wprowadza zachwyt, tworzy endorfiny, to niech istnieje wiecznie i nie zanika. Nie tylko latem, może najbardziej w czasie mglistej jesieni. Myślę, że wówczas Golem wychodzi na spacer. Ja też zachecam do spotkania z Pragą, zawsze. 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under Czechy, droga, foto, historia, myśli, Praga, Żydzi

Powroty II

Dodaj komentarz

12 listopada 2016 · 19:42

Początki

Swieto Niepodległości. Zobaczyć miejsce gdzie ojczyzna powstawała. 

Dodaj komentarz

Filed under droga, foto, historia, Poznań

Zimowe widoki, najpiękniejszy z Beskidów.

img_0093img_0095img_0101

Nigdzie indziej tego nie ma. Mieszanina przyrody, kultur, historii. Trudno to opisać. Atmosfera, ludzie, gościnność, zabytki, cisza, lasy, zwierzęta… I ten zapach drewnianych cerkwi. Jest w tym jakaś mistyka. Czasem można jej doświadczyć w cerkwiskach, miejscach, w których niegdyś dumnie wznosiła się grekokatolicka bądź prawosławna świątynia, a teraz rośnie trawa i krzaki, a obok stoi zaklęta w kamień pamięć w postaci krzyży przycerkiewnych cmentarzy. I jeszcze widoki. Te z podnóża gór, ze wsi, które przycupnęły przed wzniesieniami. Z Folusza, z Pielgrzymki, z Samoklęsk. Najlepsze w zimny, słoneczny, styczniowy dzień. Góry zamykają płaską równinę, wszystko to skąpane w jaskrawych barwach mroźnego powietrza i promieni odbijających się od pokrywy śnieżnej. Całość sprawia wrażenie istnienia za kotarą lekkiej mgły. Podobno nie ma piękniejszych widoków na Beskid Niski niż z drogi Nowy Żmigród – Gorlice. W większości osad przycupnęły cerkwie. Ich obecność dodaje tym miejscom majestatu. Kiedyś w niedziele w Bartnem zajrzeliśmy do świątyni prawosławnej. Akurat skończyło się nabożeństwo, jednak w środku trwało jakieś spotkania, więc wycofaliśmy się, nie chcąc przeszkadzać. Ksiądz zauważył nasz manewr i wyszedł zaprosić nas do środka. Tak zrealizował się zamiar obejrzenia świątyni od środka, a przy okazji trafiliśmy na próbę prawosławnego chóru złożonego z mieszkańców okolicy. Kolejny raz dane mi było poczuć różnicę w śpiewach między obrządkiem wschodnim, a zachodnim. Było pięknie, cudownie, radośnie. Równe temu chwile przeżywałem niegdyś w cerkwi w Drohobyczu. Prawdziwa, radosna Ektenia, gromkie „Hospody pomiłuj”. Miałem wrażenie, że ikony uśmiechają się, gdy ten głos roznosił się po okolicy. Każdemu, kto odwiedza Łemkowynę lub Bojkowszczyznę polecam odwiedziny tamtejszych świątyń. Opuszczając je człowiek na pewno staje się lepszy. W Beskidzie Niskim urzeka jeszcze cisza. Tu ona jest najprawdziwsza i możliwa do usłyszenia. Tego nie doświadczy się nigdzie indziej w polskich górach. Na pewno nie w Zakopanem i w Tatrach, na pewno nie w Karpaczu i w Karkonoszach, prawdopodobnie także już nie w Bieszczadach. Chyba, że poza sezonem turystycznym. Brak turysty masowego to niezaprzeczalny plus krainy Łemków. Wędrówka przez nią i rozmowy z miejscowymi uczą pokory wobec gór, a także pokory wobec dziejów. Prawdziwe spotkanie z historią to porozsiewane po całych górach cmentarze z I wojny światowej, gdzie spoczywają żołnierze wielu narodowości. Polacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, Austriacy, Niemcy, Serbowie, Chorwaci, Rosjanie. I nie warto pytać, zapalając świeczkę, kto był przyjacielem, a kto wrogiem. W krainie wielokulturowej takie pytanie byłoby nie na miejscu.

img_0107img_0123img_0104

Dodaj komentarz

Filed under Beskid Niski, Bez kategorii, droga, góry, historia, myśli, pogranicze, Polska

Powroty I

Dodaj komentarz

6 listopada 2016 · 11:48

Cztery pory roku. Chatka.

Dodaj komentarz

28 października 2016 · 21:02

Dom nr 209. Niespodzianki.

Z każdej podróży trzeba przywieźć coś nowego. Nawet, gdy jest się w tym samy miejscu kolejny raz. Ósmy albo dziewiąty. W drodze trzeba rozszerzać horyzonty, zadawać pytania, dowiadywać się, czekać niespodzianek. Tym razem zaskoczenie stanowią romantyczna opera i kłusownicy. Przypadkiem, ale czy to nie jest najpiękniejsze?

Dwie godziny przed świtem wyszedłem ze schroniska. Pora do wracania dobra, jak każda inna. Akurat nastąpiła przerwa w występowaniu zachmurzenia i niebo rozgwieździło się tysiącem gwiazd. Droga mleczna rozcinała je na pół. Odbite od księżyca światło rozświetlało kotlinę tak mocno, że latarka okazała się zbędna podczas marszu przez halę. Skręciłem na północ i ruszyłem pod górę w stronę Świeradowa-Zdroju. Księżyc znalazł się za moimi plecami, jasno nakreślał ścianę lasu, do której nieuchronnie się zbliżałem. Wokół istniała tylko cisza. Żadnych odgłosów zwierzyny. Pustka dla uszu.

Po prawej stronie, w głębi, tuż pod ścianą lasu majaczyły ruiny domu. Kamienne murki wyraźnie srebrzyły się w świetle księżyca. Można rzec, że resztki jakich wiele na Hali Izerskiej, pozostałości Groß-Iser. Jednak te mury zaciekawiły mnie poprzedniego dnia, ze względu na ich wielkość oraz wyraźnie widoczną z daleka, przytwierdzoną białą tablicę. Zszedłem ze szlaku i przez mokrą łąkę dotarłem do resztek zabudowań. Okazało się, że stał tu dom nr 209. Od drugiej połowy XIX wieku do 1945 roku mieszkała w nim rodzina Männich. Wcześniej zaś rodzina Tapperów – słynnych kłusowników. Podobno procederem tym trudniła się w ówczesnych czasach większość mieszkańców Groß-Iser. Tapperowie nie byli więc wyjątkami, jednakże oni zapisali się w pamięci, jako ci najznamienitsi. Może dlatego, że własnoręcznie odlewali ołowiane kule? A może, gdyż na podstawie ich życia powstała opera „wolny strzelec” Karla Marii Webera? Pierwsze niemiecka opera narodowa ma swoje źródła w Górach Izerskich. W drewnianej chatce na końcu wioski, gdzieś hen w nieprzyjaznych górach. Opera, która wywołała małą rewolucję w świecie muzycznym początków XIX wieku, pokazując Niemcom i światu, że można komponować w narodowym języku, w duchu romantyzmu. Ciekawe, że dom nr 209 jest jedynym oznaczonym tabliczką z krótką historią miejsca. Niespodzianka.

Po chwili droga wkroczyła w las. Nie lubię tego fragmentu szlaku. Asfalt wśród drzew, delikatnie pod górę. Człowiek się męczy, a nie wie czemu, bo nie stromo. Po minięciu Polany Izerskiej zaczął się ostry spadek w dół. Droga w lesie była zniszczona przez zrywkę i zwózkę drewna. Swoje dodały także opady deszczu. Marsz wymagał uwagi, aby ubłocić tylko buty,
a nie nogi po kolana. Na dole, w Świeradowie, było wciąż ciemno. Sobotni gwar uzdrowiska ucichł kilka godzin temu, a niedzielny leniwy szept jeszcze się nie obudził. Mieszkańcy
i kuracjusze – których tu pewnie więcej – spali. Na ulicach w październikowa niedzielę przed 7 rano nie działo się nic. Spragniony  podłożyłem dłoń pod kran ze źródłem wody mineralnej i zwilżyłem usta. Smak płynu, wynikający z dużego nagromadzenie rożnych minerałów, był taki, że odechciało mi się kolejnego łyku. Niespodzianka. Podobnie jak dom nr 209.

swieradow_01

Przez całą drogę temperatura była dodatnia. Niewiele powyżej zera, ale jednak. W Świeradowie wsiadłem w PKS do Jeleniej Góry. Za Piechowicami widoki stały się jakby ostrzejsze, zmrożone, a od Sobieszowa świat spowijała gęsta mgła. Wysiadłem w Jeleniej Górze na dworcu, zgodnie z polską normą – obudowanym szczelnie galerią handlową, i uderzyła mnie fala chłodu. Termometr wskazywał minus 2 stopnie. Mroźna mgła bardzo powoli odsłaniała jeleniogórskie wieże na Starym Mieście. Niespodzianka.

jelenia

Dodaj komentarz

Filed under Chatka Górzystów, droga, foto, Góry Izerskie, historia, Jelenia Góra, myśli, pogranicze, Polska, Świeradów-Zdrój

Jeleniogórskie delfiny :)

Ukochana Jelenia Góra. Ma swojego Neptuna, jak mój równie ukochany Gdańsk (no prawie naj… zaraz po Łodzi:). Historia jeleniogórskiego boga mórz i oceanów, deszczu i wody potoczyła się nastepujaco. Jakiś bogaty jeleniogórski patrycjusz w połowie XVIII stulecia zapragnął w swoim majątku figury Neptuna. Nie samej, a stojacej na delfinach. Chciał by symbolizowała ona szerokie kontakty biznesowe z zamorskimi miastami i oczywiście przy okazji zdobiła ogród jego rezydencji. Wykonanie rzeźby zlecił prawdopodobnie Wagnerom – słynnemu rodowi lokalnych rzeźbiarzy. Szef firmy podrapał sie więc po głowie i wysłał pomocnika, a być może syna w jednej osobie, w długą podróż do nadmorskiego miasta, by dowiedział się u ludzi morza, jak wyglądają delfiny. A w porcie, jak w porcie. Gwar, alkohole, śpiewy do rana, zapach dalekich krain. Okno na świat pobudzajace wyobraźnię, a w przypadku nadużycia napojów wyskokowych zabierajace pamieć. Marynarze snują swe opowieści w tawernach, popijając trunki różnego pochodzenia. I te nietrzeźwe audiencje ułożyły w głowie pomocnika obraz morskiego ssaka, ktorym podzielił się z przełożonym po powrocie do Jeleniej Góry. I na podstawie ów opisu mistrz Wagner rzeźbi takie delfiny…

Jak bedziecie na Rynku w Jeleniej Górze, to koniecznie zwróćcie na nie uwagę. Neptun stoi w tym miejscu od połowy XIX wieku. Może wówczas patrycjusze zorientowali się w wygladzie delfinów i bez żalu oddali rzeźbę miastu? 

Dodaj komentarz

Filed under droga, Europa, foto, góry, historia, Jelenia Góra, Karkonosze, myśli, Polska

Wyobraźnia i kulinarne „Schengen”, czyli znów w Czechach :)

Tym razem za granicą. Na południe, ale blisko. Tuż, tuż obok Polski. Na południe od Gór Stołowych, w czeskich Sudetach, w pobliżu miasta Teplice nad Metují rozłożyło się skalne miasto – Adršpašsko-teplické skály. Potężne formacje skalne powstałe w wyniku wietrzenia piaskowca. Labirynty skalne ciągnące się kilometrami. Początkowo znane tylko miejscowej ludności, szukającej tu schronienia, gdy wichry historii zaczynały być niespokojne. Pierwsi turyści zaczęli przybywać w skały na początki XVIII stulecia. Bardziej dostępne dla ludzkości stały się dopiero w XIX wieku wskutek długotrwałego  pożaru, który strawił całą roślinność. Dzięki temu skały stały się bardziej widoczne. Rozpoczęto zagospodarowywać teren turystycznie, budując szlaki.

skalne_miasto04skalne_miasto01skalne_miasto02skalne_miasto03
W skałach ćwiczy się wyobraźnię, bo każda z nich coś przypomina. Każdy może dostrzec coś innego. Głowę cukru, kochanków, termos, palce… W zasadzie coś osobom pozbawionym wyobraźni przestrzennej powinno zabronić się wchodzenia do skalnego miasta, gdyż po prostu nie ogarną. Będą zwiedzać w sposób dużo uboższy.

skalne_miasto07skalne_miasto06skalne_miasto05skalne_miasto08
Przed wejściem do rezerwatu stoją przenośne knajpy i grille. Pra-ojcowie food-trucków. Pra-matki grill-chałup. Wyznając zasadę, że trzeba spróbować tego, co jedzą miejscowi, skusiłem się na smažený sýr. Po chwili okazało się, że pani go przyrządzająca bardzo dobrze mówi po polsku. W chwili drugiej okazało się, że mieszka na wsi pod Cieszynem. Brnąłem dalej w tę historię niepewnie, acz z ciekawością oczekując chwili trzeciej. Przyniosła tę niespodziankę, której obawiałem się od chwili drugiej. Ser okazał się produkowany w Polsce. Tak oto zjadłem czeskie danie z polskich produktów. Kulinarne Schengen.

Dodaj komentarz

Filed under Bez kategorii, Czechy, droga, Europa, foto, góry, Góry Stołowe, historia, myśli, pogranicze